niedziela, 11 maja 2014

Finger School (2) /Avery

- Grupa krwi? – tym pytaniem zadziwiła całą moją rodzinę.
- Proszę? – wykrztusiłam. Na co im moja grupa krwi?
- Spokojnie – powiedziała kobieta, widząc zaniepokojenie na twarzach moich rodziców. – To tylko żart. Alfred zaprowadzi cię do pokoju, panno Frankenstein. Tymczasem prosiłabym państwo o podpisanie dokumentów – tu zwróciła się do moich rodziców.
Nagle obok mnie pojawił się wysoki, ubrany w czarny garnitur, mężczyzna. Skinął na mnie głową. Chwyciłam różową walizkę i ruszyłam za nim. Nie zamierzałam żegnać się z rodzicami. Nadal wściekałam się za zmianę szkoły.
Zatrzymaliśmy się przed drzwiami w kształcie palca. Na jego „paznokciu” wyryty został numer jedenaście. Czekałam na jakąś reakcję ze strony Alfreda, ale po kilku minutach bezsensownego stania, postanowiłam przejąć inicjatywę.
- Nie wejdziesz? – spytałam.
- W-wolałbym n-nie – wyjąkał mężczyzna.
- Dlaczego? – dociekałam.  
- Tam mieszkają one – powiedział, po czym oddalił się szybkim krokiem.
Zdziwiłam się. Dorosły mężczyzna wyraźnie bał się moich przyszłych współlokatorek. Hmm… Może, dlatego pytano w gabinecie o grupę krwi?
- Dobra Em. Dasz sobie radę – wzięłam głęboki oddech i weszłam do pokoju.
Będę szczera. Zamurowało mnie. Pierwszą rzeczą, a raczej osobą, która rzucała się w oczy była opalona Hinduska. Nic niezwykłego gdyby nie fakt, że nastolatka skakała po szafach, śpiewając „My Słowianie”. Na środku pokoju, stała wysoka Gotka. Czarne włosy miała w nieładzie, a jej fioletowa spódniczka zdawała się być krótsza od przyczepionych do niej metalowych łańcuchów. Dziewczyna trzymała lampę i udawała, że to gitara. Chwilę później zauważyła mnie. Odstawiła swój „instrument” i wolnym krokiem podeszła do mnie.
- Jestem Kobra, a to Zenek – wskazała na szalejącą Hinduskę. – Co tu robisz?
- Cześć. Mam na imię Emily – przedstawiłam się.
- Od dziś nazywasz się Żuk – oznajmiła beznamiętnym tonem Gotka. – Pewnie jesteś nowa. Uzgodnijmy sobie coś. Nienawidzę różu, także możesz zapomnieć o swojej walizeczce. Rzygam świeżym powietrzem, więc śpisz przy oknie. Czas na najważniejsze. Nie. Ruszasz. Mojej. Gitary.
- To lampa – zaprotestowałam.
- To gitara! – krzyknęła mi prosto do ucha Kobra. – Lepiej się ze mną nie kłóć, jeśli nie chcesz wylecieć z zespołu.
- Jakiego zespołu?
- Naszego. Grasz na perkusji.
- Ale… Ja gram na bębnach - Hinduska zeskoczyła z szafki i stanęła obok Gotki.
- Zenuś, Zenuś, Zenuś – westchnęła teatralnie Kobra. – Ty nie umiesz grać na perkusji.
Hinduska zaczęła płakać i krzyczeć. Położyła się na czerwonym dywanie, rwąc sobie włosy z głowy. Razem z Kobrą zasłoniłyśmy uszy.
- Zrób coś! – krzyknęłam do niej.
- Jest tylko jeden sposób, ale ryzykowny. Widzisz tę paczkę landrynek na moim łóżku? Przynieś je.
Przełknęłam głośno ślinę i omijając hałasującą Hinduskę, chwyciłam słodycze. Odwróciłam się w stronę dziewczyn. Kobra stała nad nieprzytomną przyjaciółką, trzymając w dłoniach jedną z moich książek. Odrzuciła ją na podłogę i zabrała ode mnie landrynki.
- Użyłaś książki zamiast… Czekaj. Na co ci były landrynki? – spytałam z niedowierzaniem.
- Od bicia robię się głodna – wzruszyła ramionami.
- Nie wnikam – pokręciłam głową.
Zenek smacznie spał gdy siedziałyśmy na podłodze i zajadałyśmy się landrynkami. Kobra opowiadała mi o swoich bójkach i morderstwach. Chwaliła się jak załatwiła jednego trzecioklasistę za pomocą ołówka i słoika majonezu. Zawiesili ją za to na miesiąc, ale stwierdziła, że było warto. Ciekawy pomysł na życie. Nękanie uczniów zawartością lodówki.

Naszą rozmowę przerwało… 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz