- Grupa krwi? – tym pytaniem zadziwiła całą moją rodzinę.
- Proszę? – wykrztusiłam. Na co im moja grupa krwi?
- Spokojnie – powiedziała kobieta, widząc zaniepokojenie
na twarzach moich rodziców. – To tylko żart. Alfred zaprowadzi cię do pokoju,
panno Frankenstein. Tymczasem prosiłabym państwo o podpisanie dokumentów – tu zwróciła
się do moich rodziców.
Nagle obok mnie pojawił się wysoki, ubrany w czarny
garnitur, mężczyzna. Skinął na mnie głową. Chwyciłam różową walizkę i ruszyłam
za nim. Nie zamierzałam żegnać się z rodzicami. Nadal wściekałam się za zmianę
szkoły.
Zatrzymaliśmy się przed drzwiami w kształcie palca. Na
jego „paznokciu” wyryty został numer jedenaście. Czekałam na jakąś reakcję ze
strony Alfreda, ale po kilku minutach bezsensownego stania, postanowiłam
przejąć inicjatywę.
- Nie wejdziesz? – spytałam.
- W-wolałbym n-nie – wyjąkał mężczyzna.
- Dlaczego? – dociekałam.
- Tam mieszkają one
– powiedział, po czym oddalił się szybkim krokiem.
Zdziwiłam się. Dorosły mężczyzna wyraźnie bał się moich
przyszłych współlokatorek. Hmm… Może, dlatego pytano w gabinecie o grupę krwi?
- Dobra Em. Dasz sobie radę – wzięłam głęboki oddech i weszłam
do pokoju.
Będę szczera. Zamurowało mnie. Pierwszą rzeczą, a raczej
osobą, która rzucała się w oczy była opalona Hinduska. Nic niezwykłego gdyby
nie fakt, że nastolatka skakała po szafach, śpiewając „My Słowianie”. Na środku
pokoju, stała wysoka Gotka. Czarne włosy miała w nieładzie, a jej fioletowa
spódniczka zdawała się być krótsza od przyczepionych do niej metalowych łańcuchów.
Dziewczyna trzymała lampę i udawała, że to gitara. Chwilę później zauważyła
mnie. Odstawiła swój „instrument” i wolnym krokiem podeszła do mnie.
- Jestem Kobra, a to Zenek – wskazała na szalejącą
Hinduskę. – Co tu robisz?
- Cześć. Mam na imię Emily – przedstawiłam się.
- Od dziś nazywasz się Żuk – oznajmiła beznamiętnym tonem
Gotka. – Pewnie jesteś nowa. Uzgodnijmy sobie coś. Nienawidzę różu, także możesz
zapomnieć o swojej walizeczce. Rzygam świeżym powietrzem, więc śpisz przy
oknie. Czas na najważniejsze. Nie. Ruszasz. Mojej. Gitary.
- To lampa – zaprotestowałam.
- To gitara! – krzyknęła mi prosto do ucha Kobra. –
Lepiej się ze mną nie kłóć, jeśli nie chcesz wylecieć z zespołu.
- Jakiego zespołu?
- Naszego. Grasz na perkusji.
- Ale… Ja gram na bębnach - Hinduska zeskoczyła z szafki
i stanęła obok Gotki.
- Zenuś, Zenuś, Zenuś – westchnęła teatralnie Kobra. – Ty
nie umiesz grać na perkusji.
Hinduska zaczęła płakać i krzyczeć. Położyła się na
czerwonym dywanie, rwąc sobie włosy z głowy. Razem z Kobrą zasłoniłyśmy uszy.
- Zrób coś! – krzyknęłam do niej.
- Jest tylko jeden sposób, ale ryzykowny. Widzisz tę
paczkę landrynek na moim łóżku? Przynieś je.
Przełknęłam głośno ślinę i omijając hałasującą Hinduskę,
chwyciłam słodycze. Odwróciłam się w stronę dziewczyn. Kobra stała nad
nieprzytomną przyjaciółką, trzymając w dłoniach jedną z moich książek.
Odrzuciła ją na podłogę i zabrała ode mnie landrynki.
- Użyłaś książki zamiast… Czekaj. Na co ci były
landrynki? – spytałam z niedowierzaniem.
- Od bicia robię się głodna – wzruszyła ramionami.
- Nie wnikam – pokręciłam głową.
Zenek smacznie spał gdy siedziałyśmy na podłodze i
zajadałyśmy się landrynkami. Kobra opowiadała mi o swoich bójkach i morderstwach.
Chwaliła się jak załatwiła jednego trzecioklasistę za pomocą ołówka i słoika
majonezu. Zawiesili ją za to na miesiąc, ale stwierdziła, że było warto. Ciekawy
pomysł na życie. Nękanie uczniów zawartością lodówki.
Naszą rozmowę przerwało…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz