sobota, 10 maja 2014

Finger School #1 /Lolla

            Słomka z kubka z colą wypadła mi z ust wylewając kroplę napoju na moje nowe, czerwone włosy. Znów jedziemy przez tą świetną kamienistą drogę!
- Długo jeszcze będziemy jechać?  - zapytałam rodziców.
- Nie, jeszcze chwilkę – odpowiedziała szybko mama.
              Moje długie, kręcone, rude włosy skakały w każdą stronę. Nie wiedziałam, co gorsze. Jeżdżenie przez tą kamienistą drogę, czy ta szkoła. Tydzień temu rodzice dostali zaproszenie do szkoły „Finger School”. Dlaczego?!
            Przejechałam palcami po twardej okładce książki „Pierwszej miłości, kochanego”. Kochałam czytać. Gdy już otworzyłam na zakończonym miejscu, tata powiedział:
- No cóż, Emily. Jesteśmy na miejscu.
               Czy ten dzień może być jeszcze gorszy?! Wysiadłam z samochodu i wdepnęłam w kałużę błota, plamiąc podeszwy glanów. No, może być gorszy.
                Rodzice wyciągnęli moje bagaże, a ja podeszłam do wielkiej, brązowej bramy. Szłam przodem. Popchnęłam furtkę, która natychmiast się otworzyła. Weszliśmy do dużego ogrodu. Do drzwi prowadziła wąska ścieżka wiodąca nas przez różany labirynt. Stanęłam przed wielkimi, czarnymi, jak smoła drzwiami i zastanawiałam się, czy zapukać, czy otworzyć. Stałam zamyślona, kiedy ojciec stracił cierpliwość.
- Otwierasz te drzwi, czy nie?! – krzyknął i walnął w drzwi, które tylko lekko się uchyliły.
              Zajrzałam przez szparę. W środku było strasznie ciemno, więc nic nie widziałam. Nagle poczułam rękę mamy, która lekko popchnęła mnie za drzwi. Wpadłam do ciemnego pomieszczenia, kiedy leżałam na podłodze wszystkie światła automatycznie się włączyły.
               Ściany były ciemno-fioletowe, a na podłodze był czarny dywan. Obok drewnianych drzwi było mnóstwo obrazów. W rogu były schody prowadzące na górę i… na dół? W kolorze czarnym i chyba metalowe?
- Zapraszam – usłyszałam nieprzyjemny dźwięk i wielki palec wskazujące drzwi na lewo.
- To idziemy – powiedział do mnie i mamy tata.
                Weszliśmy do pomieszczenia. Wyglądało identycznie, jak poprzednie, ale nie było schodów, a po środku było  biurko, a za nim fotel, na którym siedziała jakaś kobieta w purpurowych włosach.
- Imię uczennicy – zaczęła.
- Y…. Emily Frankenstein – zagubiła się mama.
- Wiek.
- 16 lat – odpowiedziałam zanim zdążył powiedzieć ktoś inny.

- Grupa krwi – tym pytaniem zadziwiła całą moją rodzinę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz